sobota, 20 lipca 2013
Dziewczynka z zapałkami.

Dziewczynka z zapałkami

 


   DZIEWCZYNKA Z ZAPAŁKAMI
streszczenie i analiza
Według baśni Hansa Christiana Andersena
Katarzyna Maciąg

 

STRESZCZENIE


    Był sylwester. Na dworze było zimno i padał śnieg. Biedna dziewczynka sprzedawała na ulicy zapałki. Była bosa i nędznie ubrana, głodna i przemarznięta. Dziecko jeszcze nic nie sprzedało, a w domu panowała bieda, głód i chłód. Bała się wracać do domu, gdyż ojciec zbiłby ją za to że nic nie zarobiła.
    Z innych domów jasno oświetlonych, rozchodziły się smakowite zapachy świątecznych potraw. Dziewczynka usiadła pod murem. Skuliła się i aby się rozgrzać, zapaliła jedną zapałkę. W jej płomieniu pojawił się piec, którego ciepło rozgrzało ją, ale wkrótce wraz  ze zgaśnięciem zapałki, piec zniknął. Dziewczynka zapaliła drugą zapałkę i ujrzała pięknie nakryty i zastawiony stół świąteczny ze smaczną nadziewana gęsią pośrodku. Stół też po chwili zniknął. Zapaliła kolejną zapałkę i ujrzała przepiękną choinkę, sięgającą aż do sufitu. Choinka, podobnie jak piec i stół, zniknęła wraz ze zgaśnięciem zapałki.
    Dziewczynka zapaliła jeszcze jedną zapałkę i ukazała się jej ukochana babcia. Chcąc, aby babcia pozostała dłużej, zapaliła wszystkie zapałki naraz. Babcia przytuliła dziewczynkę i uniosła wysoko do nieba.
Rankiem przechodnie znaleźli ciało małej zamarzniętej dziewczynki. Było im jej bardzo żal.



POUCZENIE

    Dziewczynka, w ostatnią noc roku, marzyła o tym aby było jej ciepło i by nie była głodna, a także, o radości świąt w rodzinnym gronie.
Miała dość nędzy i cierpienia, więc prosiła babcię „Zabierz mnie ze sobą”. Wiedziała, że babcia wprowadzi ją do lepszego świata, tam gdzie będzie szczęśliwa i kochana.
    Baśń jest bardzo smutna,wzruszająca.Mała dziewczynka mieszka w wielkim mieście, jest samotna, ciągle głodna,bita i wypędzana z domu, niekochana przez nikogo, z wyjątkiem babci, która już zmarła. Dziecko nie ma szansy na lepsze życie ani na normalny, pełny ciepła rodzinnego  dom, na szkołę i wykształcenie. Jedynym jej wybawieniem z cierpienia jest śmierć.
Nie jest smutna jej śmierć, lecz jej ciężkie i pełne cierpienia życie. W baśni, śmierć jest  ukojeniem i przejściem do lepszego życia.

    Baśń jest oskarżeniem skierowanym przeciwko światu dorosłych, odpowiedzialnych za losy dzieci. Oskarża nie tylko rodziców, gdyż oni nie zawsze mogą dać sobie radę z nadmiarem problemów życiowych, ale wszystkich, którzy są odpowiedzialni za ludzkie losy.

BOHATEROWIE


Dziewczynka        - mała, biedna, zziębnięta, sprzedająca zapałki.



CZAS AKCJI.


Sylwester
31 grudnia
Ostatni dzień roku.


MIEJSCE AKCJI.
Ulica dużego miasta.

NARRATOR.
Występuje w 3 osobach.
Zna fakty.
Zna marzenia dziewczynki.



PLAN WYDARZEŃ.
1. Sprzedaż zapałek w mroźną zimową noc.  (smutny los dziewczynki)
2. Marzenia.
3. Śmierć dziewczynki z powodu zamarznięcia.


    Niniejsza publikacja jest zamieszczona w celach pomocniczych dla uczniów kl IV szkoły podstawowej.

Zabrania się kopiowania na inne blogi a także kopiowania w celach zarobkowych.


Samotny weekend.

Już od jakiegoś czasu zapowiadany był wyjazd do rodziców Sebastiana, którzy mieszkają w Osieku Nad Notecią. Od Słupska to szmat drogi , jakieś 300 kilometrów. Oczywiście powstał mały problem. Mamy dwa psy, które same przecież nie nakarmią się i nie wyprowadzą na spacer. Ktoś musi zostać w domu. Na najstarszego syna liczyć nie można bo zajęty swoimi sprawami i życiem. Cóż ustaliliśmy że Sebastian pojedzie tylko ze starszą córką i bliźniaczkami a ja zostanę. Do nich dołączyła moja najmłodsza siostra Jagoda. A co tam , niech dziewczyna też ma coś z wakacji:)

Wczoraj od rana dzieci przygotowywały się na wyjazd. Cieszyły się jak diabli i już nie mogły się doczekać kiedy wyjdą z domu. Pociąg miał być przed 14:00 także do wyjazdu było sporo czasu. Jak na złość, kiedy wszystko było dopięte na ostatni guzik, Maja dostała temperaturę. Podejrzewam że pewnie z przejęcia , że jedzie daleko, bez mamy i do ludzi, których jeszcze nie zna. W biegu podałam leki przeciwgorączkowe i wahałam się czy małą puścić. Niestety zrobił się płacz i puścić musiałam.

Stałam na peronie i machałam im do samego końca, dopóki pociąg nie zniknął. Do tego czasu uśmiechałam się.(Myślałam, ale fajnie, wreszcie sobie odpocznę). Kiedy jednak odjechali, jakoś dziwnie się poczułam. Nie musiałam się spieszyć do pustego domu, nikt tam na mnie nie czekał, nie musiałam gotować obiadu, bo nie było dla kogo. Stanęłam przed dworcem i zaczęłam myśleć co mam ze sobą zrobić. Czy wracać do domu, czy iść na spacer?

Postanowiłam jednak wrócić do domu, tym bardziej że pogoda nie była zbyt ładna. A tam taka pustka, cisza i spokój. Uśmiechnęłam się do siebie, zrobiłam sobie kawę i delektowałam się tą ciszą. Ale tylko przez chwilę:). Nie wytrzymywałam i musiałam co chwilę dzwonić. A to jak się czuje Maja, czy dziewczynki nie płaczą, czy wszystko w porządku. Oczywiście po drugiej stronie słuchawki usłyszałam że wszystko jest w porządku i mam sobie odpoczywać.

No proszę. Ostatni raz sama w domu byłam prawie dwadzieścia lat temu. Odzwyczaiłam się od samotnego spędzania czasu. Całe życie byłam z dziećmi w gwarze i harmiderze. Z utęsknieniem czekałam żeby poszły spać i by mieć chwilę ciszy, marzyło mi się żeby choć jeden dzień nikt nie nabałaganił,żeby zabawki nie fruwały po całym mieszkaniu. A tu proszę. Jak już tak się stało to miejsca nie mogę sobie znaleźć. W dodatku dzwonią dzisiaj z informacją, że prawdopodobnie wrócą dopiero w poniedziałek późnym wieczorem.Na biegu wymyślone tysiące wymówek dlaczego muszą wrócić w niedzielę i ani słowa że za chwilę bez nich zwariuję.

Oczywiście jeśli będą chcieli siedzieć do poniedziałku, to zgodzę się. W końcu dzieci mają wakacje, a ja muszę to wytrzymać. Już się nie mogę doczekać ich śmiechu, gwaru, harmideru i bałaganu który trzeba posprzątać:)

Nawet nie mają pojęcia jak ja za nimi tęsknię:)

 

czwartek, 11 lipca 2013
Ach ta pogoda.

W nocy lało jak z cebra. Nadal chmury wiszą na niebie i tylko patrzeć jak lunie. A mięliśmy tyle planów . Nici z karmienia kaczek nad stawem. Trzeba czekać na poprawę pogody. Oby tylko nie padało w niedzielę. Obiecaliśmy dzieciom, że zabierzemy ich na trzy stawki gdzie zrobiono małe kąpielisko dla dzieci. Na szczęście w ostatnią niedzielę udało nam się zrobić grilla. Poszliśmy w ulubione miejsce na łąkę. Jest tam kilka dużych głazów. Zawsze dzieci po nich skaczą i nazywają to ,,wycieczką po górach''. Raczej z górami nie ma to nic wspólnego ale niech im będzie. Tym razem zostałam zaproszona do zabawy. Tak to właśnie wyglądało:

Siedziałam sobie spokojnie, kiedy dzieci zaprosiły mnie do zabawy:)

zabawa

Najpierw chodzenie po krzakach:)

zabawa

Zaliczamy pierwszy głaz:)

zabawa

No to idziemy dalej:)

zabawa

Trzeba było poudawać Tarzana :)

zabawa

I następny,,kamyczek"

zabawa

Mała pomoc ...

zabawa

...i siedzimy sobie przytulone:)

zabawa

No to teraz schodzimy:)

zabawa

I meta:) Przeżyłam ,,wspinaczkę po górach".

zabawa

A córeczki? Jedna pozowała do zdjęć.

zabawa

 a druga słodko leniuchowała

- wąchając kwiatki

zabawa

- pijąc soczek

zabawa

- i zajadając się smakołykami:)

zabawa

To był udany dzień. Zastanawiam się jaką zabawę wymyślą następnym razem. Aby nie ,,Ponurkuj sobie mamo" bo nie umiem pływać:)

Zdjęcia robiła najmłodsza siostra(13 lat)

niedziela, 07 lipca 2013
Festiwal Disco Polo

                 Festiwal Disco POLO

W Piątek, w pobliskiej wsi odbył się jak co roku Festiwal Disco Polo. Ponieważ dzieci były za małe, nie jeździłam z nimi na takie imprezy. W tym roku jednak, razem z Sebastianem zaryzykowaliśmy i postanowiliśmy że możemy dziewczynki zabrać na festiwal. Fajnie się złożyło że wprowadzono specjalne bilety w cenie 5 zł w dwie strony. Zawsze to jakaś oszczędność:) Starsza córka wydębiła ode mnie pieniądze na bilet i pojechała ze swoją paczką. Syn wybył na trzydniowe dni Ustki gdzie też odbywała się impreza i największy w Polsce pokaz sztucznych ogni.

Do Kwakowa nie było daleko. Tylko 11 kilometrów. Impreza zaczynała się o 17 ale zespoły grały od 21. Postanowiliśmy że pojedziemy autobusem odchodzącym około 20:30. Dzieciaki były zadowolone i nie mogły się doczekać kiedy dojedziemy na miejsce.

Jednakże dojechanie na taką imprezę, nie było wcale łatwe. Wszystko zaczęło się na przystanku. Dochodziła 20:30. Zobaczyliśmy że jedzie autobus z napisem SIE MA.

- To ten - powiedziałam i zawołałam dzieci które niecierpliwie czekały na autobus.

Jednakże kierowca wcale nie podjechał do przystanku, tylko pokazał nam dwa palce, co oznaczało żebyśmy jechali drugim. Na przystanku ludzie byli zdenerwowani, ale rozumięliśmy że autobus był za bardzo przepełniony.

- Następny odchodzi za godzinę- powiedziałam do Sebastiana i uspakajałam marudzące dzieci.

Czekaliśmy, klęliśmy pod nosem, ze za mało dano autobusów na tą trasę. O 20:50 Pojawił się na przystanku drugi autobus i tym razem, choć był zapełniony, zabrał nas. Biedne  dzieci. Wszyscy wokół byli dorośli a te dwa małe szkraby stały miedzy nimi spłaszczone jak dwa naleśniki. W końcu, gdy podeszła do nas konduktorka i po sprzedaniu biletów próbowała przecisnąć się do kierowcy,przygniotła  swoim tyłkiem jedną z dziewczynek. Na nic zdawały się próby wzięcia dzieci na ręce. W końcu jedna z młodych dziewcząt ustąpiła dziewczynkom miejsca( za co dziękuję). Jak to stwierdziła ,, Też byłam małą dziewczynką a wielkie tyłki mnie przerażały". No to teraz mogliśmy już spokojnie jechać.

Przez miasto jechaliśmy normalnie ale już w Kobylnicy, zrobił się taki korek że co chwilę stawaliśmy albo jechaliśmy jak żółw. Po jakimś czasie ludzie zaczynali się denerwować. Młodzi chłopcy siedzący z tyłu autobusu stwierdzili że zaczął się już koncert, a ze jeszcze staliśmy w korkach, zaczęli głośno śpiewać,, Ona tańczy dla mnie". Chociaż zrobiło się weselej. Pasażerowie uśmiechali się, ale do czasu. Minęło juz pół godziny a my byliśmy jeszcze daleko od Kwakowa. Zdenerwowani pasażerowie zaczęli narzekać,ze zanim dojedziemy, festiwal się skończy.Kilkoro z nich gdzieś po drodze wysiadło, gdyż załatwili sobie inny dojazd.

Chłopcy na tyle zaczęli głośno krzyczeć i zachowywać się jak bydło. W autobusie czuć było papierosami, ktoś krzyczał żeby nie palili i nie pili piwa. Troszkę się uspokoili na jakiś czas.

A my jechaliśmy już ponad godzinę i byliśmy dopiero w połowie drogi. Któryś z chłopaków krzyknął, aby kierowca zatrzymał się na siusiu bo nie wytrzyma. No cóż , wcale mu się nie dziwiłam. Większość pasażerów była w identycznej sytuacji. Kierowca nie miał jednak możliwości zjechania na bok i uspakajał młodego chłopca. Nie wytrzymując, narobił w reklamówkę.

No i miał za swoje. Kontrolerka zadzwoniła na policję, która nas w dalszej drodze zatrzymała i zabrała chłopaków z autobusu. A my w końcu dotarliśmy na miejsce. Po prawie dwu godzinnej jeździe każdy biegł do lasu za potrzebą. Ja z dziećmi doszłam na boisko sportowe na którym odbywał się festiwal. Dopchaliśmy się do toi- toi gdzie kolejka była niesamowita. Byliśmy zadowoleni, ze wreszcie znaleźliśmy się na miejscu. I o to właśnie skończyło się głosowanie na zespoły. Tak długo jechaliśmy ze przegapiliśmy połowę festiwalu. Na szczęście dzieci mogły poskakać i pośpiewać w rytmie weekendu i innych zespołów. Były zafascynowane dużą sceną, ilością ludzi (około 30 tysięcy osób). A największą atrakcją dla najmłodszych, było wesołe miasteczko.

- no to wpadliśmy jak śliwki w kompocie - powiedziałam do swojego ukochanego.

Wiedziałam że jadąc w takie miejsce będziemy trzymać się za kieszeń. Najpierw odbyły się poszukiwania na straganach świecących kokard, które w ciemnościach wyglądały przepięknie i którymi były zachwycone dziewczynki. Kolejka była długa ale dziewczynki wytrzymały. W końcu to było dla nich. Po zakupach udaliśmy się na wesołe miasteczko. Czekała nas przejażdżka łabędziem. Po pół godzinie stania w kolejce, kupiliśmy bilet. Sebastian zdecydował że tylko ja pojadę z dziewczynkami na zmianę.

- No fajnie- pomyślałam - z moim lękiem wysokości dostanę na górze zawału.

Jednak nie chciałam pokazać dziewczynkom jak bardzo się boję być wysoko. Wsiadłam najpierw z Mają do łabędzia. Kiedy się unosił, serce waliło mi jak oszalałe. Trzymałam się mocno drążka jakbym za chwile miała go wyrwać. Kilka razy spojrzałam w dół, i miałam wrażenie ze za chwilę wypadnę. Maja mnie zagadywała. Uśmiechałam się nie pokazując córce trwogi. Kiedy znaleźliśmy się na powrót na dole, ulżyło mi. Ale czekał mnie jeszcze jeden przelot. Tym razem Jessica wsiadła i zadowolona przytuliła się. Znów łabędź poszedł w górę.

- boisz się?- spytałam córkę.

- ja nie ale ty chyba tak - spojrzała na mnie i się uśmiechnęła.

Miała rację. Dreszcze mi przechodziły i sama już nie wiedziałam czy to z zimna czy ze strachu. Żołądek mnie rozbolał i zrobiło mi się nie dobrze. Wytrzymałam to jednak i gdy tylko byłam z powrotem na ziemi stwierdziłam że nigdy więcej nie wsiądę na taką karuzelę.

Jeszcze czekało nas stanie w kolejce za watą cukrową. I właśnie wybiła 24:00. No to się nabawiliśmy. Impreza ogólnie trwała do 2:30 ale dzieci były już śpiące i po dwudziestej czwartej trzeba było wracać. Poszliśmy więc na przystanek. Akurat stał autobus. Jednakże mimo tego, iż było jeszcze sporo wolnych miejsc stojących, nie zostaliśmy wpuszczeni. Mało tego, kierowca wyprosił kobietę z malutkim dzieckiem na rękach.Zaczęła się awantura ale kierowca miał to gdzieś i zamknął drzwi. Jednak kiedy wyjechał na szosę otworzył drzwi i wpuścił kobietę i mężczyznę. Myślałam że padnę. Jak tak można? Też byłam z dziećmi i rozumiałam jak ta kobieta się poczuła. Czterdzieści minut później przyjechał następny autobus. Ludzi było bardzo dużo. Stanęliśmy z dziećmi jak najbliżej przodu, żeby nie zostać na przystanku. Kiedy kierowca otworzył drzwi, kobiety stojące z tyłu tak się pchały że jeszcze trochę a rozdeptały by dzieci. Jessica upadła i uderzyła się o próg autobusu, a Maja była przygnieciona. Ludzie narobili krzyku, że kobiety depczą po dzieciach. Dzieci płakały, ludzie się kłócili, aż w końcu wsiedliśmy i wyjechaliśmy.

W domu dzieci stwierdziły że było fajnie ale już nigdy więcej nie chcą jechać autobusem.

 

Festiwal Disco POLO

Festiwal Disco POLO

Festiwal Disco POLO

Festiwal Disco POLO

Festiwal Disco POLO

Festiwal Disco POLO

 

 

 

 

piątek, 05 lipca 2013
Diagnoza - rodzinny szok.

Od pewnego czasu mój tata narzekał na ból nogi. Cała rodzina pogoniła go w końcu do lekarza. Po wizycie u lekarza rodzinnego, otrzymał skierowanie na badania do lekarza naczyniowego. Ledwo powłócząc nogami, wybrał się do specjalisty. Jak to u nas w kraju bywa, pielęgniarka odprawiła go z kwitkiem, informując, że trzeba zarejestrować się telefonicznie. Wściekły wrócił więc do domu. Przez trzy dni próbował się dodzwonić do szpitala w którym przyjmuje lekarz. W końcu łaskawie odebrała pielęgniarka i umówiła się z tatą na następny dzień, aby przyszedł ze skierowaniem. Nie miał już siły iść, wsiadł więc w autobus i pojechał, zadowolony, że w końcu zostanie przyjęty. Jednakże rozczarowanie jego było wielkie, bowiem  miał się tylko po to stawić, aby pielęgniarka wpisała mu na skierowaniu datę i godzinę przyjęcia do specjalisty.

Kiedy usłyszałam że wizyta odbędzie się dopiero w lutym, parsknęłam śmiechem. Nie mogłam uwierzyć w to, że  choć z tak potężnym bólem nogi, siniejącą kończyną i opuchlizną, chcą go przyjąć w tak późnym terminie.

Minęły następne trzy dni. Tata z bólu źle sypiał już od miesiąca. Nie mógł w ogóle chodzić. Poszedł do lekarza rodzinnego który postawił diagnozę.

- do lutego pan nie przeżyje. To miażdżyca. Daję panu rok życia.

Kiedy to usłyszałam , nogi pode mną się ugięły a łzy popłynęły po policzkach. Mama wpadła w panikę a młodsze  siostry płakały. Obecnie zostały przyspieszone badania. Co będzie dalej ze zdrowiem taty, dowiemy się za kilka dni.

Aby uspokoić siostry, przypomniałam im parę incydentów które spowodowały u mnie niechęć do lekarzy.

INCYDENT 1.

Kiedy byłam w ciąży z synem, dostałam tzw. zatrucie ciążowe. Był to koniec szóstego miesiąca. Mój lekarz skierował mnie na oddział, na obserwację. W szpitalu wykonano mi badania KTG,po czym stwierdzono, ze wszystko jest w porządku. Pół godziny później ordynator wraz z moim lekarzem stwierdzili, że przecież dziecko nie daje oznak życia. W expresowym tępie przeprowadzono cesarkę i w ostatnich sekundach uratowano i mnie i mojego synka.

Dziecko przez miesiąc walczyło o życie. Bardzo mu się spieszyło do domu, bowiem z dnia na dzień szybciutko dochodził do siebie. Dokładnie po miesiącu i trzech dniach wyszedł ze szpitala. Zostałam poinformowana, że dalsze leczenie odbędzie się w poradni dla wcześniaków.

Chodziłam więc z synkiem na wizyty. Kiedy dziecko skończyło pięć miesięcy usłyszałam diagnozę.

,,Dziecko ma porażenie mózgowe, bo nie chce bawić się zwiniętą w kulkę gazetą"

Byłam młodą mamą i dla mnie to był wielki szok. Bardzo to przeżywałam. Nie mogłam zrozumieć dlaczego właśnie nam to się przytrafiło. Obwiniałam siebie, że to przeze mnie dziecko jest chore.

Minęło kilka tygodni . Zdążyłam już przywyknąć do tego że mój synek jest chory. Któregoś dnia zobaczyłam że sam siada. Parę miesięcy później zaczął chodzić. Po badaniach okazało się ze dziecko jest całkowicie zdrowe. Nigdy nie miało porażenia mózgowego. Dziękowałam Bogu za te chwile radości. Wsadziłam dziecko do wózka i poszłam pokazać pani doktor dziecko.

Jej mina była bezcenna.

INCYDENT 2.

W 1997 roku zachorowałam na żółtaczkę pokarmową. Nie wyszła mi na wierzch i nie byłam żółta lecz rzuciła mi się na wątrobę, która w krótkim czasie została bardzo zniszczona. Przeleżałam w szpitalu ponad miesiąc. Dzień w dzień przez prawie miesiąc, moim pokarmem były kroplówki. Śmiejąc się codziennie wymyślałam sobie, ze jem inny obiad.

Co mamy dzisiaj? Schabowego czy kurczaczek?- pytałam pielęgniarki, która przyniosła kolejną dawkę kroplówki.

A tak poważnie, co z tego że dali mi płyn, jak po prostu cały czas byłam głodna. Pod koniec pobytu w szpitalu, zlitowano się nade mną i podano mi kleik. Boże, jaka ja byłam wtedy szczęśliwa:)

Wychodząc ze szpitala personel ciepło mnie pożegnał. Lekarz poinformował że mam dożywotnią dietę i częste badania u lekarza. Musiałam zrezygnować ze wszystkiego co lubiłam. To była gehenna. Jednak jak mus to mus. Zdrowo się odżywiałam i chodziłam do lekarza.

Mój synek miał wówczas trzy latka. Pewnego dnia kiedy poszłam na wizytę do specjalisty, usłyszałam diagnozę.

,,Pani wyniki są tragiczne. Nie będę owijała w bawełnę, zostało pani jakiś rok życia"

Nogi pode mną się ugięły i zjechałam wprost w ręce pielęgniarki. Obudziłam się na kozetce. Był to dla mnie cios. Myślałam o synku co się z nim stanie, przezywałam że nigdy nie będę widzieć jak rośnie, jak się rozwija i jak zakłada własną rodzinę. Myślałam że oszaleję.

W dodatku na domiar tego zmarł mój dziadek. Cała rodziną wybraliśmy się na pogrzeb a po ceremonii pogrzebowej pojechaliśmy do babci na stypę.

,, Co będziesz jadła? Przecież na stole jest wszystko, czego ci nie wolno" - powiedziała mama.

Faktycznie. Bigos uśmiechał się do mnie z półmiska, pieczony kurczak tak pięknie pachniał... W dodatku brat mojego zmarłego dziadka, nalegał bym wypiła za dziadka kieliszek wódki.

Wiesz co mamo, jak mam umrzeć to muszę się dobrze na...lać - powiedziałam ze złością i zabrałam się do jedzenia tych wszystkich smakołyków. Na  raty wypiłam z wujkiem trzy kieliszki wódki za dziadka.

Dwa dni później znów miałam robione wyniki. Kiedy z nimi poszłam do lekarza, pani doktor oniemiała.

,,Co pani zrobiła że wyniki są takie piękne?" - spytała.

Na co jej odpowiedziałam.

Jadłam to czego mi nie wolno i piłam wódkę( chociaż w moim stanie też nie wolno było jej tknąć).

Oczywiście mina pani doktor była bezcenna. A ja jem wszystko(alkoholu nie piję), i przeżyłam do dzisiejszego dnia.

INCYDENT 3 .

Kiedy urodziłam bliźniaczki w siódmym miesiącu, dowiedziałam się że Maja ma dziurę w sercu. Badania wykazały że dziecko ani nie widzi ani nie słyszy. Po miesiącu dochodzenia do siebie, moje córeczki wyszły do domu. Oczywiście zostałam poinformowana jak i gdzie ma się odbywać dalsze leczenie.

Tak więc wędrowałam od lekarza do lekarza. Co rusz siedziałam z maluszkami a to u laryngologa, a to u okulisty. Przewracali małą w każdą stronę i wydali wyrok.

,,Dziecko jest niewidome"

Opadły mi ręce. Czułam że świat mi się wali. Przepłakałam dnie i noce, chwilami odechciewało mi się żyć. Kilka dni później zostałam dobita następnym wyrokiem.

,,Dziecko nigdy nie będzie słyszało ani mówiło".

W tym momencie mój świat runął. Nie spałam, nie mogłam jeść ani normalnie funkcjonować. Jakże w tych chwilach czułam się bezradna i bezsilna.

Pan Bóg jednak czuwał nad moja rodziną i dziećmi. Jakiś czas później, kiedy już toczyły się rozmowy z lekarzami na temat aparatu słuchowego, zauważyłam, ze Maja wodzi oczkami za fruwająca nad łóżeczkiem zabawką. W te pędy zabrałam dziecko do lekarza. Radość i moja i lekarzy była wielka. Dziecko widziało. Byłam szczęśliwa.

Kilka dni później, miałam puszczoną muzykę. Z głośników płynęła głośna muzyka,bębniąc w rytmie techno. I wówczas zauważyłam że kiedy grały bębny, śpiąca Maja poruszyła się w łóżeczku. Ściszyłam na chwilę muzykę, po czym obserwując dziecko, raptownie puściłam grzmiące bębny. Mała znów zareagowała wzdrygnięciem. Oczywiście i tym razem poleciałam do lekarza i jak się okazało, dziecko słyszało.

Jednakże w dziesiątym miesiącu życia dziewczynek, przeżyłam następny szok. Lekarz rodzinny badał moje córeczki i stwierdził.

,,Przykro mi ale Maja nigdy nie będzie chodziła"

Głównie zostało to stwierdzone dlatego, iż dziecko nie chciało wyprostować nóżek i pocierało stópką o stópkę. Znów zaczął się płacz i lament. W tamtym czasie bardzo potrzebowałam wsparcia. Miałam go jedynie ze strony rodziców, gdyż tatuś nie wytrzymał i poszedł w siną dal. Cóż, nie miał ochoty na wychowywanie kaleki.

Mimo tego że ból rozdzierał mi serce, pogodziłam się z chorobą córki i odejściem ukochanego mężczyzny.

Los jednak znów mi spłatał figla. 17 sierpnia 2006 roku dziewczynki obchodziły roczek. Oczywiście przyszła najbliższa rodzina. I wtedy Maja nagle wstała i zrobiła kilka kroków w stronę mojej bratowej. Wmurowało nas. Zrobiła się chwila ciszy po czym wrzasnęłam jak opętana.

ONA CHODZI.

Łzy ze śmiechem radości mieszały się nawzajem. Stawiałam moją małą córeczkę a ona znów robiła kilka kroków. Nie mogłam sie wprost napatrzeć na dreptające dziecko.

Tydzień później byłam z dziewczynkami na bilansie. Postawiłam Maję przed drzwiami do gabinetu i otworzyłam drzwi. Dziecko zrobiło kilka kroków w stronę pani doktor i klapło na pupę. Pielęgniarka i pani doktor (która jeszcze mnie leczyła i jest bardzo dobrym lekarzem), oniemiała. Po chwili dopiero zdziwiona powiedziała

,,O Boże ona chodzi".

ŁZY JEJ DOSŁOWNIE POLECIAŁY PO POLICZKACH.

Dziś obie córki są zdrowe. Maja chodzi, mówi słyszy i widzi. Dziura w serduszku zarosła. A ja jestem szczęśliwa że wszystko dobrze się skończyło.

Od tamtej pory nie ufam lekarzom.

 

 

czwartek, 04 lipca 2013
Pomyłka.

Takiej pomyłki jak dzisiaj to jeszcze nie miałam.

Pisałam właśnie na naszej klasie ze znajomym, kiedy otrzymałam wiadomość z firmy FM GROUP WORD POLSKA z propozycją współpracy. Odpowiedziałam grzecznie na e - mail. W trakcie oczywiście droczyłam się ze znajomym i w pewnym momencie wysłałam mu emotikonę z językiem na wierzchu. Nie zauważyłam że otworzyła się następna karta i zamiast do znajomego wysłałam język  do przedstawiciela firmy. Boże , jak ja się poczułam. Dobrze że mnie nie widział bo mógłby mnie pomylić z pomidorem:) Na szczęście mężczyzna był wyrozumiały i kontynuował rozmowę.

Przeprosiłam pana i wytłumaczyłam że to nie miało być do niego. Rozmawialiśmy przez chwilę o pracy. Wszystko ładnie i gładko szło, dopóki mój znajomy nie napierał bym wreszcie mu odpisała co to za praca. No więc napisałam.

Jakaś firma z perfumami, kosmetykami i artykułami gospodarstwa domowego. Ale nie interesuje mnie praca dystrybutora perfum.

I pięknie, znów wiadomość poszła nie tam gdzie powinna.

Po dłuższych namowach przedstawiciel firmy zrezygnował z rozmowy ze mną.Ciekawe co sobie o mnie pomyślał ?

 

Obiad z łabędzia.

Wczoraj z moimi córeczkami i najmłodszą siostrą byłam w parku na spacerze. Dzieciaki wyhasały się, wybiegały, pohuśtały i oczywiście chciały iść karmić kaczki. Poszliśmy nad stawek gdzie przeważnie były nie tylko kaczki ale i łabędzie. Tym razem jednak pięknych, białych ptaków nie było.

- mamo gdzie się podziały łabędzie?- pytały dzieci.

- nie wiem, może są wywiezione gdzieś bo wychodziły na ulicę - odparłam.

Na to Jessica spojrzała na mnie i z powagą powiedziała.

- pewnie ktoś je złapał i zrobił sobie na obiad.

Roześmiałam się i za nim coś powiedziałam, dodała.

- pewnie jeszcze z ziemniaczkami i surówką.

 

Pękaliśmy ze śmiechu:)

niedziela, 30 czerwca 2013
Impreza

Od kilku dni z Sebastianem planowaliśmy wyjście z domu. Uznaliśmy, że najwyższa pora, abyśmy gdzieś poszli odreagować stres związany z trudnościami dnia codziennego. W naszym mieście, miało się właśnie odbyć otwarcie nowej dyskoteki - British Club. W gazecie nęciło zaproszenie i postanowiliśmy, że pójdziemy zobaczyć, co tam ciekawego będzie. Miały być atrakcje, konkursy i super zabawa. Dla wszystkich oczywiście wstęp wolny.

Pół dnia się szykowaliśmy. Sebastian był po pracy trochę zmęczony, ale tak już się nastawił na imprezę, że nawet nie marudził. Wskoczyłam w wygodne spodnie i ulubioną bluzkę, gdyż nie lubię sukienek ani spódniczek, a już tym bardziej butów na szpilkach.

Lokal znajdował się na drugim końcu miasta. W sobotę są słabe dojazdy autobusów, zresztą akurat w tamtą stronę, żaden nam nie pasował. Pogoda nam dopisywała, postanowiliśmy, że przejdziemy się spacerkiem. Starsze dzieci zostały z młodszymi i zrobiły sobie piżama-party. Od kilku lat imprezy organizowałam w domu, więc teraz było mi jakoś dziwnie. Czułam się jak małolata.

Zastanawiałam się czy nie jestem, aby za stara na dyskotekę. Oczywiście po wahaniach, a następnie namowach dzieci i Sebastiana, wyszliśmy z domu. Spacerkiem przeszliśmy przez całe miasto. Byliśmy prawie na miejscu, kiedy okazało się, że nie sprawdziliśmy w internecie dokładnego adresu. Rozglądaliśmy się dokładnie czy aby nie widać gdzieś grupki ludzi. W końcu na otwarciu nowej dyskoteki, powinno być trochę osób. Nie widać było nikogo. Sebastian zadzwonił do Patrycji, żeby sprawdziła na stronie adres.

W końcu dotarliśmy do miejsca ,gdzie znajdował się lokal. Nad małą bramką widniał szyld BRITISH CLUB, a za furtką stało dwóch ochroniarzy w czarnych spodniach i białych koszulach.. Zapytałam, o której jest otwarcie, na co odpowiedzieli, że zaczyna się o dwudziestej.

Mięliśmy jeszcze chwile czasu. Stanęliśmy sobie z boku. Cały czas spoglądałam w stronę bramki. Dziwiło mnie, że dochodziła dwudziesta, a przy wejściu nie było żywej duszy. W końcu uznaliśmy, że najwyższa pora, żebyśmy zostali wpuszczeni. Przygotowałam dowód i podeszłam do bramki a tu niespodzianka. Zostaliśmy poinformowani, że odbywa się impreza zamknięta i wpuszczane są osoby ubrane na galowo. Zwróciłam więc uwagę, że nie ma tego napisane na ich stronie, i o tym powinni poinformować. Oczywiście otrzymałam informację, że jest to napisane. (Sprawdziłam i nie ma tam ani słowa o imprezie zamkniętej, ani o stroju galowym.) Stwierdziłam, że jest to godne pożałowania i odeszliśmy z kwitkiem.

Byliśmy wkurzeni. W pierwszej chwili mieliśmy wrócić do domu, ale tym samym, zepsulibyśmy zabawę dzieciakom. Poszliśmy więc na pobliski przystanek i czekając pół godziny na autobus, zastanawialiśmy się co dalej. W ostateczności wybraliśmy starą poczciwą tawernę ADAMEK, gdzie są organizowane dyskoteki z dancingiem.

Kiedy przyszliśmy, lokal był prawie pusty. Była jeszcze młoda godzina. Już myśleliśmy ze wieczór do końca będzie zepsuty, jednak około dwudziestej drugiej naschodziło się i młodych i starszych tyle, że na parkiecie nie było miejsca do tańczenia. Spotkaliśmy przy okazji kilka znajomych osób 

 i zabawa jednak była udana.

Zadowoleni wróciliśmy do domu. A tu – dzieci śpią, a w pokoju chyba tornado przeleciało. Wszędzie walały się kosmetyki, papierki po słodyczach i niedopite napoje w szklankach. Bliźniaczki wysmarowane moimi kosmetykami, z namalowanymi wąsami, uszami i kwiatkami na twarzach posnęły, a psy zajęte były wyjadaniem czipsów.

A to ci była impreza:)

Jednak wolę domówki. Wszystko mam wtedy pod kontrolą.



piątek, 28 czerwca 2013
Zakończenie roku szkolnego.

Dzisiaj moje dzieci rzuciły długo oczekiwane hasło WAKACJE. Zanim jednak to nastąpiło, trzeba było iść do szkoły na uroczystość zakończenia roku szkolnego i co jeszcze ważniejsze, odebrać świadectwo szkolne.

Pani tak pięknie powiedziała ,,A teraz drogie dzieci, odbędzie się rozdanie świadectw, które są potwierdzeniem tego, że zdałyście do następnej klasy ".

Dzieciaki z niecierpliwością czekały na tą chwilę. Z uśmiechem na twarzach kolejno wychodziły na środek sali gimnastycznej.

                                                               zakończenie roku szkolnego

 

Pani podeszła do nich i rozdała im świadectwa. Minki im zrzedły, kiedy zobaczyły że świadectwo o którym się tyle mówi, to zapisana kartka papieru. Ciekawe co miały na myśli pod pojęciem - świadectwo. Trzymając je w dłoniach, przyglądały im się z ciekawością. Rok temu, na zakończenie zerówki, otrzymały kolorowe dyplomy, a teraz pierwszaki, dostały swój pierwszy, ważny dokument.

                                                          zakończenie roku szkolnego

 

,,Super, wszyscy zdali " - powiedziała pani, ale dzieci nie bardzo jej słuchały, gdyż były bardzo zajęte przewracaniem świadectw w te i we wte, w poszukiwaniu ocen.

                                                                                 zakończenie roku szkolnego

A tu niespodzianka. Zamiast ocen, zapisane wszystko drobnymi literkami. Cóż, dzieci stwierdziły że pani specjalnie im tak napisała, żeby ćwiczyły przez wakacje czytanie :)

Świadectwa rozdane. Dzieci wraz ze swoją wychowawczynią, powędrowały do klasy. A tam, na uczniów czekała niespodzianka. Odbyło się rozdanie dyplomów i książeczek.

zakończenie roku szkolnego         zakończenie roku szkolnego

 

                                                         zakończenie roku szkolnego

 

Prawie wszyscy otrzymali jednakowe. Chłopcy o sporcie, a dziewczynki o zwierzętach. Tylko dwie dziewczynki dostały inne książeczki. Pierwsza to dziewczynka która jest z rodzeństwa trojaczków, a druga to moja kochana Majeczka. Oj nie była zadowolona że jej bliźniacza siostra ma książkę ze zwierzętami. Nadąsała się i puściła focha.:)

 

                                                               zakończenie roku szkolnego

Nie pomogły tłumaczenia, że mogą sobie pożyczać książeczki. Nie trafiały do niej żadne argumenty. Ale ktoś mądry oczywiście wynalazł coś takiego jak lody. Więc po zrobieniu ostatniego klasowego zdjęcia z I klasy....

 

                                                               zakończenie roku szkolnego

 

 

.....Wybraliśmy się na lody. Tylko że lodziarnia była zamknięta i trzeba było czekać. Poszliśmy więc na spacer, a przy okazji nakarmiliśmy gołębie.

zakończenie roku szkolnego           zakończenie roku szkolnego

 

     zakończenie roku szkolnego                                    zakończenie roku szkolnego

 

zakończenie roku szkolnego      zakończenie roku szkolnego

 Na twarzach dziewczynek pojawił się uśmiech. Na powrót stały się radosne i wesołe. Dopełnieniem wszystkiego były lody.

 

                                                         zakończenie roku szkolnego

 

Foch Majki minął. Nawet poszła na ugodę że książki będą sobie pożyczać. Teraz wesołe i szczęśliwe mogły wykrzyczeć hasło

 

                              WAKACJE.

 

czwartek, 27 czerwca 2013
Powrót z biwaku

No i proszę. Dziewczynki wróciły z biwaku zadowolone. Jak się okazało, nie potrzebnie się martwiłam.  Świetnie dały sobie radę ze wszystkim. Nawet pomachały mi dyplomami, które dostały za odwagę.

Tak jak przypuszczałam. Jak zaczęły opowiadać tak zagadały mnie. ( Jak widać przeżyłam). Jedna przez drugą opowiadały o atrakcjach. W szczególności o wiosce kowbojów, strzelającym i łapiącym je Bilu, a także o dyskotece. Przeszły pomyślnie chrzest biwakowy. Jednym słowem bawiły się świetnie.

Taka mała wycieczka a jak cieszy:)

Znów jest gwarno i wesoło. A ja ze spokojem wiem że za rok puszczę je na biwak bez wahania:)

wtorek, 25 czerwca 2013
Dzień Ojca

    Dzień Ojca

Dzień ojca- róża

 

Z okazji Twojego Święta, za wczoraj i za dziś,
każdym czułym serca uderzeniem
i każdym z niego płynącym życzeniem 
zdrowia, sił i codziennej radości
wraz ze słowami największej wdzięczności 
za wszystkie dla nas trudy i starania                                                    

składam ci podziękowania.

 

 

dzień ojca

W czerwcowy wtorek, czerwcowy wiatr

z odświętną minął do miasta wpadł 
wszedł do kwiaciarni przed ósmą tuż
i kupił bukiet z tysiąca róż 
koło przedszkola przystanął wiatr                                                                                      

 i każdemu ojcu podarował kwiat.

dzień ojca

 

Wszystkim Tatusiom w dniu ich święta

życzę WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO.


 

No to co

W zeszłym roku bliźniaczki były za małe żeby jechać na biwak. W tym roku zaryzykowałam i puściłam je. Przed wyjazdem, przy śniadaniu Jessica spytała.

- a jak będzie za rok wyjazd to też nas puścisz?

- wiesz córciu, ja jeszcze do tego przyszłego roku nie dożyłam, to nie wiem czy pojedziecie - odparłam wymijająco nie chcąc składać  im obietnic.

Maja spojrzała się na mnie i wypaliła.

- no to co, nie martw się, w razie czego będzie tata, Krzysiek i Patrycja.

szczere dziecko:)

Mięsko.

Dziewczynki, jak na bliźniaczki przystało, bardzo lubią ubierać się jednakowo. Uwielbiają słodycze jak każde dziecko, ale co do obiadów - oj tu jest problem. Jessica wprost uwielbia mięso, a Maja - no cóż,  chyba zostanie wegetarianką. Zanim dzieci wyjechały na dwudniowy biwak, spytały czy będą tam jadły obiad. 

- Tak, będziecie spać w pałacu i dostaniecie obiad i kolację a nawet śniadanie i znowu obiad.

Maja oczywiście skrzywiła się  i stwierdziła ze jak będzie mięso to nie będzie jadła.

- ty masz tam wszystko jeść - powiedziała Jessica. -  Może akurat nie będzie mięsa tylko coś innego. Nie będziesz w domu to nie wybrzydzaj.

Maja już się nie odezwała. Obejrzała zdjęcia w internecie i widząc pałac w Runowie, stwierdziła, że to nie pałac tylko dom prezydenta, czy wywołała uśmiech na mojej twarzy.

W końcu wyszłyśmy z domu. Z tobołkami, obładowane jak wielbłądy, podreptałyśmy do szkoły. W pewnej chwili, Jessica złapała mnie za rękę i mówi.

- Ciekawe co na biwaku będzie na obiad.- zastanawiała się, a po chwili dodała z powagą - mamusiu, jak będziesz robiła na obiad mięsko, to przyślij mi kawałek w paczce.

Nie mogłam, wybuchnęłam śmiechem aż mi tobołki pospadały.:)

 

poniedziałek, 24 czerwca 2013
Biwak.

Dzisiaj Jessica z Mają pojechały na biwak szkolny do Runowa. Pierwszy raz w życiu są poza domem i to w dodatku beze mnie. :( 

Zamiast się cieszyć spokojem, ciszą i chwilą dla siebie, to siedzę i martwię się jak sobie tam same radzą daleko od domu. O tej godzinie zapewne wymęczone atrakcjami śpią.

Zawsze w domu jest gwarno. Dzieci się śmieją, marudzą, podokuczają sobie ( i mi), szaleją i czasem wytrącają mnie z równowagi. A dzisiaj jest taka cisza, że aż mnie drażni.

Ale tak własnie jest. Jak dzieci są w domu i broją, to się je ucisza, a jak są daleko to bardzo się za nimi tęskni.

Oby do jutra. Zapewne zagadają mnie, opowiadając jedna przez drugą wrażenia z wycieczki. 

czwartek, 20 czerwca 2013
Dziewczyna

Dzisiaj słyszałam jak mały chłopiec mówił do mamy.

- poczęstuję cukierkami moją dziewczynę.

Wywołało to uśmiech na jej twarzy. No i nie tylko na jej, bo i na mojej też. Przypomniałam sobie, jak mój syn miał 6 lat i chodził do zerówki. Wracając z nim do domu powiedział.

- Mamo wiesz , ja mam w przedszkolu dziewczynę.

Uśmiechnęłam się wtedy i powiedziałam że na dziewczyny ma jeszcze czas. Ale on oznajmił mi z powagą, że jego koledzy też mają już dziewczyny.

- A ja mam trzy. W przedszkolu, na naszym podwórku i u babci.

- A po co ci tyle dziewczyn? - spytałam udając powagę.

- Bo jak jedna mnie zdradzi, to będę miał drugą - odparł.

Hm, zatkało mnie. :)

 

wtorek, 18 czerwca 2013
Wielka pomyłka.

Dziewczynki, chociaż są bliźniaczkami, nie wyglądają jednakowo. Różnią się od siebie kolorem włosów, posturą a także i charakterem. Kiedy ktoś w rozmowie mówi

- Bliźniaczki a takie różne,  albo - one takie nie podobne do siebie- Maja odpowiada:

- bo my jesteśmy bliźniaczki dwujajowe. 

Niedawno w Słupsku odbywały się Juwenalia. Jak co roku studenci przechodzili ulicami miasta w kolorowych przebraniach. Dziewczynki pierwszy raz widziały tak kolorowy tłum i autobus pełny rozkrzyczanej młodzieży. Wracałyśmy własnie ze szkoły, razem z ich koleżankami z klasy, kiedy obok nas przejeżdżał samochód.

 

                      Juwenalia

Maja podekscytowana krzyknęła:

- Patrz mamo, dwujajowy autobus.

Wszyscy wybuchli śmiechem a jej koleżanka zwróciła uwagę.

- Nie mówi się dwujajowy tylko piętrowy autobus.

Na co obrażano odparła:

 - No co, pomylić się nie można?

Grający autobus.

Sytuacja miała miejsce w zeszłym roku, kiedy moje córeczki zaczęły chodzić do zerówki. W domu mieliśmy akordeon. ( mięliśmy bo się popsuł). Czasami coś tam się na nim brzdąkało. 

Pewnego dnia, kiedy prowadziłam je na ósmą do szkoły, stałyśmy na światłach a po ulicy przejeżdżał łączony autobus.

Grający autobus

Maja nagle głośno krzyknęła.

- Mamusiu patrz jedzie grający autobus.

Spojrzałam na nią i pytam. 

-  Gdzie ty widzisz grający autobus?

- No przecież jedzie- odparła. 

Zaczęłam nasłuchiwać ale nic nie słyszałam, no to pytam ponownie.

- Przecież w nim nic nie słychać, gdzie ty słyszysz muzykę?

Spojrzała na mnie ze śmieszną minką i mówi.

- Ja też nie słyszałam muzyki, ale on ma takie coś, jak ma akordeon.

Nie wytrzymałam i wybuchłam śmiechem. Ach te dziecięce skojarzenia.

 

Portfel.

Jak wiadomo dzieciaki lubią pieniądze, a jeszcze bardziej kochają je wydawać. Od kilku dni widziałam jak moja starsza córka robi do mnie podchody. Nie było trudno domyślić się że skończyły jej się zaskórniaki. Chcąc mnie uświadomić, w końcu podeszła do mnie i mówi.

- Wiesz mamo, mój portfel ma anoreksję.

Spojrzałam  na córkę i z powagą odpowiedziałam.

- Wiesz córciu a mój jest chory na bulimię. 

Spacerek.

Sytuacja miała miejsce 16 lat temu. Mój syn miał wtedy 3 latka. Razem z moją mamą i dwuletnią siostrzyczką wyszłyśmy do miasta po zakupy. Wioząc dzieci w wózkach mój syn zapytał.

- Kiedy idziemy do domu?

- A co tak ci się spieszy? - spytałam. - Spacerek ci się znudził?

- Nie , tylko nóżki mnie już bolą - odparł.

Razem z mamą wybuchłyśmy śmiechem.:)

sobota, 15 czerwca 2013
Wywiad dla miesięcznika.

 

13 czerwca 2013 ukazał się numer lipcowy czasopisma PORADNIK DOMOWY gdzie został zamieszczony wywiad.

Kilka tygodni temu dostałam e - maila z zapytaniem, czy mogłabym udzielić wywiadu dla miesięcznika „Poradnik Domowy”. Siedziałam przed ekranem komputera jak sparaliżowana i zanim cokolwiek zrobiłam, przeczytałam pytanie kilka razy. Byłam zaskoczona tym e – mailem, gdyż nie sądziłam, że ktoś się zainteresuje moim e-bookiem, a już na pewno nie jakaś gazeta. A tu taka niespodzianka. Dowiedziałam się, że spośród tysiąca osób, zostały wybrane trzy do udzielenia wywiadu. Znalazłam się w trójce i czułam się bardzo wyróżniona. Oczywiście nie tylko ja, ale też moje kochane bliźniaczki, które były moją inspiracją podczas pisania e-booka dla dzieci. Chwilę wahałam się, ale po dłuższym namyśle wyraziłam zgodę na rozmowę. Jednakże na samym wywiadzie się nie skończyło. Zostałam poinformowana, iż przyjdzie do mnie fotograf, który wykona zdjęcia do gazety. Nogi mi się ugięły. Kilka dni później spotkałam się z fotografem. Zrobił kilka fotografii ze mną i moimi córeczkami.

Dziękuję. 

 

środa, 12 czerwca 2013
Grill z okazji Dnia Dziecka

1 czerwca pogoda nam dopisała. Dzień Dziecka spędziliśmy rodzinnie na świeżym powietrzu.

                       JESSICA                                  

grill

                          MAJA                  

 grill

 

                             JA                                              

        grill    

grill

 

grill  

grill

SEBASTIAN                                              

grill    

I KIEŁBASKI NA KTÓRE WSZYSCY CZEKAJĄ

grill

 

                      MÓJ TATA                                            

grill    

    I MOJA MAMA

grill

GRILL   

 GRILL

MOJA 18 LETNIA SIOSTRA                      

 GRILL   

  I  13 LETNIA SIOSTRA

GRILL

    Grill był udany a dzieciaki zadowolone. 

sobota, 01 czerwca 2013
Dzień Matki.

DZIEŃ MATKI

KOCHAM CIĘ MAMO

 

DZIEŃ MATKI

 

 

dzien matki

 

        Dziękuję Ci Kochana Mamo za to,

że mnie bardzo kochasz.
Twój uśmiech otwarłaś dla mnie,
zamknęłaś w sercu każdy smutek.
Dziś moje serce mówi:
dziękuję Mamo za Twa miłość.
Ona pozostanie jak światło na całe moje życie.

Dziękuję Ci, że znosiłaś moje humory, prowokacje,
Lenistwo, bunt, złość, hałas i niechlujstwo,
Głupotę i popisy, całą gamę wybryków,
Które dzieciak obmyśla, aby zobaczyć,
Na jak wiele może sobie pozwolić.
Ty jednak nie przestawałaś mnie kochać.
Jak to możliwe… Nie wiem.
Ale dziękuję Ci.

W kalendarzu Święto Matki
z życzeniami śpieszą dziatki.
Ja Ci Mamo dziś w podzięce
za Twe trudy daje serce
i przepraszam za me psoty,
za wybryki i kłopoty.

Dużo zdrowia i miłości,
mocy śmiechu i słodkości,
mało smutku oraz łez

pełni szczęścia jeśli chcesz.

 

dzień matki

 


Za Twe czułe serce,

za mądre nakazy
w dniu Twojego święta
dziękuję - sto razy!

Los ręką do darów szczodrą
Niech szczęścia da ci kwiat,
Za twe oczy i dobroć,
Którą rozjaśniasz świat

Dziękuję Ci za to,
Że dopasowywałaś swoje życie do mojego.
Dziękuję za poczucie,
Że nie ma dla Ciebie na tym świecie nic droższego,
Niż nasza miłość


Dziękuję, że znosiłaś to,

czego nie sposób było znieść,
że robiłaś coś z niczego,
że dawałaś, mając puste kieszenie,
że kochałaś, gdy kochać mnie się nie dało, że zarabiałaś pieniądze,

aby mnie wychować, że robiłaś rzeczy niemożliwe z uśmiechem.

 

dzień matki

 

Ze srebra i błękitu.

W zielonych oczach Matki 
Świeci wiosenna łąka.
Słońce na drzewach śpiewa
i budzi kwiaty w pąkach.

W niebieskich oczach Matki
szepcze kwitnący strumień.
Tak opowiadać bajki
to tylko Mama umie.


W błękitnych oczach Matki
pogodne niebo fruwa.
Kiedy zasypiasz - Matka
jak gwiazda nad snem czuwa.


A w czarnych oczach Matki
noc od samego świtu
okrywa cię skrzydłami

DZIEŃ MATKI

 

dzien matki

 

 

 



Dzień Dziecka.

miś

 

Dziś jest Międzynarodowy Dzień Dziecka. Jak co roku obdarowujemy swoje pociechy prezentami. Jednakże i my, choć jesteśmy dorośli, również mamy w sobie coś z dziecka. Któż z nas nie pamięta kolorowych baloników, lalek (w czasach mojego dzieciństwa szmacianych), skakanek, samochodzików, drewnianych klocków i innych zabawek. Nieraz swoim dzieciom opowiadamy historie ze swojego dzieciństwa, wspominamy czasy spędzone z przyjaciółmi na zabawach i każdy z nas marzy o tym by choć na chwile wrócić do tamtych lat. Raz w roku, właśnie 1 czerwca i my mamy okazję choć na chwilę zamienić się w dzieci.

myszka

 

 

misie mis

 

 Wszystkim dzieciom i małym i dużym

 z okazji Dnia Dziecka

życzę

dużo uśmiechu i radości .

 

poniedziałek, 06 maja 2013
Przypadkowa decyzja.

Moje zapisane kartki, owiane nutką fantazji, leżały sobie spokojnie w szufladzie do dnia, w którym moja przyjaciółka, jak burza, wpadła do mnie ze swoją córeczką i już od progu poinformowała, że musi załatwić pilną sprawę, a nie ma z kim zostawić dziecka. Od czego ma się przyjaciół. Mała została u mnie i zajęła się zabawą z bliźniaczkami. Była rok młodsza od moich córeczek, więc świetnie się dogadywały. Najpierw w ruch poszły lale i misie, potem klocki, a na samym końcu Jessica z Mają spytały, czy poczytam im bajkę. No jak tu odmówić? Sięgnęłam na półkę z książkami i zdjęłam ,,Baśnie Łużyckie", starą, wysłużoną książkę, z lat mojego dzieciństwa. Ku mojemu zaskoczeniu, dziewczynki skrzywiły się i poinformowały mnie, że nie chcą słuchać tej, tylko tą, którą napisałam. Odłożyłam więc książkę na miejsce i wyjęłam z szuflady zapisane kartki. Kiedy zaczęłam czytać, Kaja bawiła się lalkami, a dziewczynki budowały z klocków zamek. Po pewnym czasie, bliźniaczki przestały zajmować się klockami, a córka mojej przyjaciółki odłożyła lalki i misie, usiadła obok mnie i uważnie słuchała. Zaskoczyło mnie to, ale też dało do myślenia. Skoro ją zainteresowało, może rzeczywiście spróbować i napisać.

W tym dniu, podjęłam ostateczną decyzję i odważyłam się na krok w przód. W chwili, w której mogłam zobaczyć książkę na stronie wydawnictwa, poczułam, że mimo wszystko, spełniło się następne z moich marzeń. Przypomniałam sobie słowa nauczycielki. ,,życzę ci , byś kiedyś napisała książkę dla dzieci" i łza zakręciła mi się w oku. 

Ach te dzieci.

Od pewnego czasu, w domu zapanował chaos. Moja kochana rodzinka o niczym innym nie mówiła jak o moich bazgrołach. (Jakby nie było innych tematów do rozmów). Wreszcie po kilku dniach gorącej dyskusji, Krzysiek z Patrycją wpadli na genialny pomysł:  może byś tak napisała książkę? - nalegali. W pierwszej chwili wybuchłam śmiechem. Co też im chodziło po tych głowach. Sądziłam, że w końcu moim dzieciom znudzi się nagabywanie, ale myliłam się. Moja rodzina jest tak uparta jak stado osłów, nie dawali za wygraną, w dodatku Sebastian im wtórował. No dobra - powiedziałam.- skoro chcecie książkę to ją będziecie mięli. Łatwiej powiedzieć a trudniej zrobić. Nie miałam zielonego  pojęcia jak się do tego zabrać. Z pomocą przyszedł mi Sebastian.Usiadł przed komputerem i w internecie znalazł kilka informacji dotyczących wydania książki. Niestety, to czego dowiedzieliśmy się nie było zachwycające. Na wydanie książki potrzebna jest duża gotówka, której niestety nie posiadamy. Ponadto wydawnictwa, które oferują swój wkład w wydanie, często odrzucają książki dla dzieci napisane przez nieznanych autorów. Hm,  to mamy niezły bigos - pomyślałam. Dla moich bliskich to było takie proste, napisać i wydać. 

Kilka dni później, przypomniałam sobie, że jakiś czas temu przeglądając strony internetowe, natknęłam się na reklamę z napisem ,, Wydaj z nami ebooka. " Z czystej ciekawości zaczęłam buszować po internecie. To co oferowały wydawnictwa było w zasięgu mojej ręki. Wystarczyło napisać książkę w odpowiednim programie, zrobić okładkę, wysłać i już elektroniczna książka była gotowa do czytania. Pomysł wydał mi się fajny. W końcu technika idzie do przodu i coraz więcej osób czyta ebooki. Sama z nich często korzystam i chętnie czytam w wolnej chwili. No dobrze - pomyślałam- zobaczymy co z tego wyjdzie. Usiadłam przy komputerze i zaczęłam przepisywać z kartek swoje bazgroły. Ledwo napisałam, a już skasowałam, ponownie zaczęłam pisać i znów skasowałam. Jeszcze kilka razy ponawiałam próby, ale nie byłam pewna siebie ani zbyt zdecydowana na tak poważny krok. W końcu zrezygnowana odłożyłam wszystko, a kartki trafiły na dno szuflady. Jednak nie na długo....

 
1 , 2